Wybór drukarki to w dzisiejszych czasach spacer po polu minowym. Wchodzimy do sklepu i widzimy estetyczne, nowoczesne urządzenie znanej marki za 250 złotych. Wydaje się to okazją stulecia, dopóki dwa miesiące później nie stajemy przed koniecznością zakupu kompletu tuszów, który okazuje się droższy od samej drukarki. To klasyczny model biznesowy „maszynki do golenia i żyletek”, w którym producenci sprzedają sprzęt poniżej kosztów produkcji, by zarabiać krocie na eksploatacji.
Aby nie dać się złapać w tę pułapkę i ocenić realną jakość urządzenia, musimy spojrzeć znacznie głębiej niż na kolorowe naklejki na obudowie. Ocena jakości drukarki to sztuka czytania tego, co producent pisze drobnym drukiem, oraz rozumienia tego, o czym nie pisze wcale.
Drugą kwestią jest jakość druku. Czasami wystarczy żeby tekst dało się przeczytać, inaczej rzecz wygląda gdy chcemy drukować w kolorze, czy gdy chcemy drukować zdjęcia. Jakość typu „z punktu ksero” można osiągnąć już za pomocą drukarek kosztujących do 2 tysięcy zł. Maszyny w punktach ksero są dużo większe i droższe, bo są przystosowane do dużo większej eksploatacji.
Spis treści
Podstawa: koszt toneru i eksploatacji.
Przed zakupem drukarki należy sprawdzić koszt tonera, jego wydajność, oraz koszt wydruku jednej strony. Jest to podstawowa zasada o której trzeba pamiętać. Jeśli drukujemy sporadycznie, drukarka tania i droga w eksploatacji może mieć sens.
W innych przypadkach, lepiej jest zainwestować w tańszą w obsłudze drukarkę. Nie mówimy to o dużych różnicach cen. Jeśli możemy iść na kompromisy w kwestii koloru i wielkości drukarki, już za 400-600 zł możemy kupić poleasingową maszynę (np. Kyocera FS-1370DN), dzięki której koszt druku jednej kartki spada do ok 3 groszy (w odróżnieniu od ok 60-90 gr przy tanich drukarkach atramentowych).
W szczególności należy szukać tanich zamienników tonerów, i opcji napełniania ich. Można robić to samodzielnie, lub kupować oryginalne tonery, napełnione przez firmy trzecie. Przy niektórych firmach i modelach jest to łatwiejsze, niektóre firmy dodają specjalne blokady utrudniające tańsze drukowanie.

Technologia druku
Pierwszym i najważniejszym filtrem, przez który musimy przepuścić nasze poszukiwania, jest technologia druku. To ona determinuje nie tylko jakość obrazu, ale przede wszystkim sposób, w jaki będziemy z urządzenia korzystać. Nie da się ocenić jakości drukarki w próżni, to, co jest zaletą w domu, może być dyskwalifikującą wadą w biurze.
Drukarki atramentowe przez lata kojarzyły się z kapryśnością, ale oferują coś, czego lasery wciąż im zazdroszczą: głębię koloru i możliwość druku na papierach fotograficznych. Jeśli Twoim priorytetem jest drukowanie zdjęć z wakacji czy kolorowych projektów szkolnych, atrament jest niezastąpiony. Jednak jakość „atramentówki” oceniamy dziś przez pryzmat jej głowicy i systemu zasilania. Tradycyjne kartridże, w których głowica jest zintegrowana z maleńkim pojemnikiem tuszu, to technologiczny przeżytek generujący ogromne koszty.
Prawdziwą rewolucją jakościową stały się systemy stałego zasilania atramentem (znane jako Ink Tank, EcoTank czy MegaTank). Choć same urządzenia są droższe na starcie, eliminują one największą wadę atramentu, czyli kosmiczny koszt eksploatacji. Oceniając jakość takiej drukarki, warto sprawdzić, czy głowice są łatwo wymienne przez użytkownika, co znacznie wydłuża żywotność sprzętu po okresie gwarancyjnym.
Z drugiej strony barykady stoją drukarki laserowe. Ich jakość nie polega na feerii barw, ale na precyzji, trwałości i niezawodności. Wydruk laserowy jest odporny na wilgoć i promieniowanie UV (co jest dużą zaletą jeśli drukujemy np. tanie plakaty do rozwieszania na zewnątrz), a sam toner, w przeciwieństwie do tusz, nie zasycha. Jeśli drukujesz rzadko, ale musisz mieć pewność, że po miesiącu przestoju drukarka zadziała od razu, laser jest synonimem jakości. Warto jednak pamiętać, że tanie kolorowe lasery często oferują jakość zdjęć na poziomie gazety codziennej, a ich gabaryty potrafią przytłoczyć domowe biurko.

Rozdzielczość, jak czytać wielkie liczby
Gdy już wybierzemy technologię, nasz wzrok pada na parametr DPI (Dots Per Inch). Producenci uwielbiają chwalić się wartościami rzędu 4800 x 1200 DPI, sugerując, że wyższa liczba automatycznie oznacza lepszy obraz. To jeden z największych mitów w branży.
W rzeczywistości, dla ludzkiego oka, przy czytaniu dokumentu tekstowego, standardem absolutnie wystarczającym jest 600 x 600 DPI. Taka rozdzielczość zapewnia ostre krawędzie czcionek i wyraźne wykresy. Wyścig na cyfry ma sens jedynie w przypadku druku fotograficznego, ale i tam samo DPI to za mało.
O wiele ważniejszym, a rzadziej eksponowanym parametrem świadczącym o klasie drukarki atramentowej, jest wielkość kropli tuszu podawana w pikolitrach (pl). Im mniejsza kropla, tym bardziej precyzyjny obraz. Wysokiej klasy drukarki fotograficzne operują kroplami o wielkości 1 lub 2 pikolitrów ((1 x 10⁻¹²) części litra, lub jedna miliardowa część mililitra), co pozwala na uzyskanie płynnych przejść tonalnych i niesamowitej szczegółowości, nawet jeśli „marketingowe DPI” nie jest rekordowe. Z kolei w drukarkach laserowych o jakości decyduje technologia wygładzania krawędzi, która sprawia, że tekst wygląda jak wydrukowany w profesjonalnej drukarni.
Prędkość: Marketing vs. Rzeczywistość Biurowa
Kolejnym parametrem, który wymaga trzeźwego spojrzenia, jest szybkość druku. Producenci często podają prędkość w stronach na minutę (PPM – Pages Per Minute), mierzoną w trybie najniższej jakości („szkic”) przy minimalnym zapełnieniu strony tekstem. W domu czy biurze rzadko drukujemy w takich warunkach, więc te liczby są zazwyczaj życzeniowe.
Aby rzetelnie ocenić wydajność, należy szukać parametru IPM (Images Per Minute) mierzonego zgodnie z normą ISO. Jest on znacznie bliższy prawdzie. Jednak w codziennym użytkowaniu, zwłaszcza gdy drukujemy pojedyncze dokumenty (fakturę, list przewozowy), kluczowa nie jest prędkość „przelotowa”, ale czas wydruku pierwszej strony.
Wyobraź sobie sytuację: masz superszybką drukarkę, która teoretycznie drukuje 40 stron na minutę, ale zanim wypluje pierwszą kartkę, musi się nagrzewać i kalibrować przez 30 sekund. To irytujące, jeśli drukujesz często, ale mało. Dobrej jakości drukarka laserowa powinna wybudzić się ze stanu uśpienia i dostarczyć wydruk w czasie poniżej 10 sekund. To właśnie ten parametr, czyli responsywność, decyduje o komforcie pracy znacznie bardziej niż teoretyczna prędkość maksymalna.

Papierologia i duplex (jak działa podajnik papieru, i czy zgina on kartki)
Jakość drukarki to nie tylko elektronika, to przede wszystkim mechanika prowadzenia papieru. Tutaj oddzielamy zabawki od narzędzi pracy. Największym grzechem tanich urządzeń jest brak automatycznego druku dwustronnego (Duplex). W XXI wieku konieczność ręcznego przekładania kartek, by zadrukować drugą stronę, jest archaizmem, który marnuje czas i papier. Dobre urządzenie musi posiadać moduł Duplex, jest to to podstawowy wyznacznik użyteczności. Brak duplexu można wybaczyć jedynie przy małych, mobilnych drukarkach.
Równie istotna jest obsługa papieru o różnej gramaturze. Standardowa kartka ksero to 80 g/m². Jeśli jednak planujesz drukować dyplomy, zaproszenia czy wizytówki, potrzebujesz urządzenia, które poradzi sobie z papierem o gramaturze 200 g/m² czy nawet 300 g/m². Tanie drukarki mają skomplikowany tor prowadzenia papieru w kształcie litery „U” (papier wchodzi przodem, zawraca i wychodzi przodem), co powoduje łamanie sztywnych kartek i częste zacięcia. Urządzenia wyższej klasy często posiadają tylny podajnik ręczny, który pozwala na niemal prosty przepływ papieru przez urządzenie, co jest kluczowe dla grubych nośników.
Jeśli celujesz w urządzenie wielofunkcyjne (ze skanerem), zwróć uwagę na podajnik dokumentów (ADF). To ta „nadbudówka” na skanerze. Bez niej skanowanie pięciostronicowej umowy wymaga pięciokrotnego podnoszenia pokrywy i układania kartki na szybie. Dobry ADF zrobi to sam. Wybitny ADF (często nazywany DADF lub RADF) zeskanuje te kartki z obu stron automatycznie. To funkcja, która w biurze oszczędza godziny pracy.

Ilość kartek w podajniku
W przypadku gdy drukujemy 100 kopii tego samego dokumentu, albo książkę mającą 200 stron, prędkość drukowania zostaje ograniczona prędkością dostarczania papieru do drukarki.
W najtańszych drukarkach stosuje się zazwyczaj otwarte tacki o pojemności zaledwie 30–60 arkuszy. Takie rozwiązanie jest najmniej praktyczne, ponieważ wymaga częstego uzupełniania papieru i naraża go na kurzenie oraz wilgoć, co sprzyja awariom mechanizmu podawania.
Modele ze średniej półki oferują już zamknięte szuflady chroniące wkład, ale zazwyczaj mieszczą one tylko 150 do 250 kartek. Uniemożliwia to załadowanie całej standardowej ryzy (500 sztuk) naraz, wymuszając dzielenie paczek i przechowywanie reszty papieru poza urządzeniem.
Dopiero profesjonalne urządzenia biurowe (znane z punktów ksero) pozwalają umieścić w drukarce całą ryzę naraz. . Dodatkowo ich konstrukcja pozwala na modułową rozbudowę o kolejne kasety wpinane od dołu, dzięki czemu łączna pojemność urządzenia może bez trudu wzrosnąć do kilku tysięcy stron.
Prawdziwa cena kosztu druku jednej strony.
Dochodzimy do momentu, w którym musimy porozmawiać o pieniądzach. Ostateczna ocena jakości drukarki jest nierozerwalnie związana z ekonomią jej użytkowania. Parametr ten nazywamy TCO (Total Cost of Ownership, Całkowity Koszt Posiadania).
Aby nie dać się oszukać, musisz samodzielnie wyliczyć koszt wydruku jednej strony, ignorując zapewnienia o „wydajności XL”. Wzór jest prosty:

Często okazuje się, że drukarka za 300 zł generuje koszt rzędu 40-50 groszy za stronę, podczas gdy model za 900 zł (np. z systemem dolewania tuszu) pozwala drukować za mniej niż 1 grosz za stronę. Różnica w cenie zakupu zwraca się błyskawicznie, często już po wydrukowaniu pierwszych dwóch ryz papieru.
W przypadku drukarek laserowych pułapka jest bardziej subtelna. Tutaj elementem eksploatacyjnym jest nie tylko toner, ale często również bęben światłoczuły. W tanich modelach bęben jest zintegrowany z tonerem, co podnosi cenę każdej wymiany. W droższych są to oddzielne elementy , toner jest tani, ale co np. 12 tysięcy stron czeka nas wymiana bębna, co może być sporym jednorazowym wydatkiem. Świadomy konsument sprawdza ceny wszystkich tych elementów przed udaniem się do kasy.
Warto też wspomnieć o „ukrytym zabójcy” drukarek atramentowych, czyli absorberze zużytego tuszu (zwanym potocznie „pampersem”). To gąbka, która zbiera tusz zużywany podczas czyszczenia głowicy. W wielu drukarkach, gdy licznik zapełnienia absorbera osiągnie limit, drukarka odmawia posłuszeństwa i wymaga serwisu. W urządzeniach wysokiej klasy, zaprojektowanych z myślą o użytkowniku, absorber jest łatwo wymiennym pudełkiem, które kosztuje kilkadziesiąt złotych i które możemy wymienić sami.
Łączność i oprogramowanie.
Na koniec warto ocenić to, czego nie widać, a co decyduje o naszych nerwach. Stabilność połączenia bezprzewodowego. Drukarki pracujące wyłącznie w paśmie 2.4 GHz często mają problemy w zatłoczonych sieciach Wi-Fi w blokach mieszkalnych. Obsługa pasma 5 GHz to dziś standard, którego należy wymagać.
Dobra drukarka powinna też być „niewidzialna” dla systemu. Oznacza to obsługę protokołów takich jak AirPrint (dla urządzeń Apple) czy Mopria (dla Androida), które pozwalają na druk bez instalowania jakichkolwiek sterowników czy dedykowanych aplikacji producenta. Jeśli producent wymusza na Tobie założenie konta, logowanie się do chmury i stałe połączenie z internetem tylko po to, by wydrukować lokalny dokument (co jest coraz częstszą praktyką np. w systemach subskrypcyjnych), należy to traktować jako poważną wadę użytkową i zagrożenie dla prywatności.
Konkretne przykłady drukarek.
Drukarki tanie w zakupie i drogie w eksploatacji.
Idealnym przykładem pułapki cenowej jest niezwykle popularna seria HP DeskJet (np. model 2820e lub 2700). Na pierwszy rzut oka to oferta marzeń: estetyczne, białe urządzenie wielofunkcyjne za około 200–300 złotych. Jednak analiza techniczna szybko studzi entuzjazm. Drukarka ta korzysta z dwóch kartridży (czarny i trójkolorowy), w których głowica jest zintegrowana z pojemnikiem. Kiedy kończy się jeden kolor, musisz wyrzucić cały, drogi zasobnik, nawet jeśli pozostałe kolory są pełne. Co gorsza, oryginalny tusz kosztuje często 60-80 zł i wystarcza na zaledwie kilkaset stron (a w praktyce często mniej). To klasyczny przykład urządzenia, którego roczny koszt eksploatacji przy drukowaniu szkolnym może trzykrotnie przekroczyć wartość samego sprzętu. Jeśli drukujesz rzadko, taki sprzęt może być użyteczny. Jeśli drukujesz więcej niż 10-20 stron miesięcznie, lepiej jest wybrać inną opcję.

Duże, ale mieszczące się na biurku laserowe drukarki robocze.
Jeśli drukujesz duże ilości dokumentów w czerni i bieli, to idealnym rozwiązaniem są duże drukarki robocze. Są one wielkości dużej mikrofalówki, czyli zajmują sporo miejsca, ale nadal mieszczą się biurku (jeśli jest ono duże, na małym biurku może to być problem). Mało ludzi zdaje sobie sprawę z istnienia takiego sprzętu, nie pojawia się on bowiem w supermarketach, nie ma go tez na wystawach sklepów z elektroniką. Z drugiej strony każdy kojarzy duże maszyny do kserowania, dostępne w punktach ksero, często są one dostępne również w bibliotekach czy szkołach. Drukarki robocze, wielkość mikrofalówek, są często pomijane, bo są sprzedawane bezpośrednio firmom. A szkoda, bo pozwalają mocno ciąć koszty druku, przy jednocześnie niskim koszcie zakupu sprzętu.

Używane, poleasingowe drukarki „typu kostki”, kosztują około 400-600zł. Podaję ten przykład bo dobrze pokazuje on trwałość tego sprzętu, na załączonym screenshocie z Amso, niektóre drukarki wydrukowały ponad pół miliona stron, i nadal są sprawne.

Drukarki tego typu po prostu działają, niezależnie jakiej są firmy.
Ciekawym przykładem jest Brother z serii HL-L24xx lub DCP-L26xx (następcy legendarnych modeli HL-L2352DW / DCP-L2532DW). Weźmy na przykład model Brother DCP-L2622DW. To monochromatyczne urządzenie laserowe. Nie wydrukujesz tu zdjęcia z wakacji, ale tekst będzie ostry jak brzytwa, a wydruk odporny na zakreślacze i wodę. Co decyduje o jej jakości? Niezawodny mechanizm Duplexu (druku dwustronnego) i oddzielenie bębna od tonera. Na rynku jest mnóstwo tanich zamienników tonerów, co sprawia, że eksploatacja jest śmiesznie tania. To sprzęt, który może stać nieużywany przez pół roku, po czym włączysz go i w 10 sekund wydrukujesz idealną stronę. To jest definicja jakości biurowej.
KYOCERA
W świecie taniego drukowania biurowego Kyocera zajmuje miejsce szczególne, wyznając zupełnie inną filozofię inżynieryjną niż HP czy Canon. Podczas gdy konkurenci zmuszają Cię do wyrzucania bębna światłoczułego wraz z każdym zużytym tonerem, Kyocera montuje w swoich maszynach (nawet tych biurkowych, jak modele z serii P2040 czy P3050) bębny ceramiczne o ekstremalnej twardości. Są one zaprojektowane tak, aby wytrzymać 100, 300, a w wyższych modelach nawet 500 tysięcy stron bez wymiany. To sprawia, że wymienna kaseta z tonerem (oznaczona zazwyczaj symbolem TK) jest w rzeczywistości prostą, plastikową rurą wypełnioną samym proszkiem, pozbawioną skomplikowanej mechaniki. Dzięki temu, nawet oryginalne tonery są relatywnie tanie w przeliczeniu na stronę, a dobrej jakości zamienniki sprowadzają koszt wydruku do poziomu błędu statystycznego.
Ta oszczędność ma jednak swoją cenę, o której sprzedawcy tanich zamienników milczą. Bęben ceramiczny w Kyocerze nie jest wymianialny przez użytkownika „od ręki” jak w HP, jest to część serwisowa, której koszt często przewyższa wartość używanej drukarki. Aby ten bęben przeżył deklarowane pół miliona stron, potrzebuje specyficznego tonera. Oryginalny proszek Kyocery zawiera mikroskopijne cząsteczki polerujące (często ceramiczne drobiny), które podczas obrotu czyszczą i polerują bęben.
Tutaj pojawia się największe ryzyko: najtańsze, „garażowe” zamienniki to często uniwersalny sadzowy proszek, pozbawiony tych właściwości smarująco-polerujących. Używanie takiego „byle czego” w Kyocerze powoduje, że bęben zamiast być polerowany, zaczyna się brudzić, a w najgorszym przypadku rysować. Efekt? Po kilku-kilkudziesięciu tysiącach stron na wydrukach pojawiają się szare tła lub pionowe pasy, a maszyna nadaje się na złom, bo wymiana modułu bębna jest nieopłacalna. Dlatego w przypadku Kyocery zasada jest żelazna: kupujesz zamienniki, ale tylko te sprawdzone, dedykowane konkretnie do ECOSYS, a nie najtańszy proszek z aukcji.
Warto też pamiętać o prozaicznej kwestii higieny pracy tych maszyn. W Kyocerach pojemnik na zużyty toner (Waste Toner Box) jest zazwyczaj oddzielnym elementem lub jest dokręcany do kasety. Przy stosowaniu zamienników, które generują więcej odpadu niż oryginał, pojemnik ten zapełnia się szybciej. Zignorowanie komunikatu o jego przepełnieniu może doprowadzić do rozsypania się tonera wewnątrz mechanizmu, co w połączeniu z systemem wysokiego napięcia może trwale uszkodzić elektronikę drukarki. Tanie drukowanie na Kyocerze jest więc najbardziej opłacalne na rynku, ale wymaga dyscypliny i unikania najtańszych podróbek, które mogą zabić „nieśmiertelny” bęben.
KYOCERA FS-1370DN
Legendarna drukarka do taniego druku laserowego. Nowe wersje kosztują ok 1500-2000 zł, używane poleasingowe można znaleźć już od 200 zł, choć wersje mające przebieg mniejszy niż 50 tys stron, zaczynają sie od 400 zł. Ze względu na wspomniany wcześniej bęben ceramiczny w drukarkach Kyocera, bezpiecznie jest celować w przebieg poniżej 50 tys. stron.

Oryginalny toner kosztuje 170-200 zł, (koszt druku to 2 gr za stronę), przy tańszym, ale porządnym zamienniku, koszt spada do 1 grosza.

Są też opcje ultra budżetowe.

Są tez wersje drukarek roboczych mające wbudowany skaner.

Kolorowe drukarki robocze
Naturalnym pytaniem, które pojawia się po zachwytach nad monochromatycznymi „wołami roboczymi”, jest: „A co z kolorem?”. Odpowiedź brzmi: tak, te pancerne maszyny mają swoje kolorowe odpowiedniki. Nazywamy je po prostu kolorowymi drukarkami laserowymi klasy biurowej. Jeśli szukasz solidnego sprzętu z drugiej ręki (poleasingowego), warto rozejrzeć się za seriami takimi jak HP Color LaserJet Pro/Enterprise (np. modele M454, M479), Brother z serii L8000/L9000 czy Kyocera Ecosys. Zanim jednak sięgniesz do portfela, musisz być świadomy, że kolor w technologii laserowej to zupełnie inna para kaloszy niż w atramencie.
Pierwszą różnicę poczujesz… w kręgosłupie. Fizyki nie da się oszukać, o ile drukarka czarno-biała potrzebuje tylko jednej kasety z tonerem, jej kolorowa siostra musi pomieścić ich aż cztery (Czarny, Cyjan, Magenta, Żółty). Aby to upchnąć, producenci układają kasety jedna nad drugą lub jedna za drugą, co sprawia, że kolorowe lasery są znacznie wyższe, głębsze i cięższe. To nie są urządzenia, które dyskretnie wsuniesz na wąską półkę, tu potrzebujesz już mieć większe biurko, lub wolną przestrzeń w pokoju.
Największa pułapka kryje się jednak w ekonomii. Zakup używanej drukarki kolorowej może wydawać się okazją, dopóki nie przyjdzie czas wymiany materiałów. W modelu mono kupujesz jeden toner za kilkadziesiąt złotych. W kolorze, gdy wyczerpią się zasobniki, musisz kupić cztery. Nawet przy tanich zamiennikach jednorazowy wydatek skacze z 50 zł do 200–400 zł. Co więcej, dochodzą dodatkowe elementy eksploatacyjne, których nie ma w prostych drukarkach: pas transferowy, pojemnik na zużyty toner oraz cztery bębny światłoczułe zamiast jednego. Serwisowanie takiej maszyny jest więc czterokrotnie bardziej skomplikowane i kosztowne.
Dla kogo więc jest ten sprzęt? Kolorowy laser to król biurowej elegancji. Wykresy, logotypy na fakturach, oferty handlowe i nagłówki pism wyglądają na nich fenomenalnie – druk jest błyszczący, ostry i nie rozmazuje się pod wpływem wilgoci. Jeśli jednak planujesz drukować zdjęcia z wakacji, srogo się zawiedziesz. Laserowa technologia druku „spłaszcza” fotografię, nadając jej nienaturalny kontrast i sztuczny połysk.
Werdykt jest prosty: Jeśli Twoim celem jest profesjonalny obieg dokumentów w firmie, gdzie kolorowe logo buduje prestiż – bierz kolorowy laser. Jeśli jednak szukasz urządzenia do domu, by drukować dzieciom pomoce szkolne i zdjęcia do albumu – wróć do koncepcji drukarki Ink Tank na dolewany tusz. Będzie tańsza w utrzymaniu i zapewni o niebo lepszą jakość fotografii.
Kategoria: Królowie Oszczędności (Ink Tank)
Tutaj wchodzimy na terytorium Epson EcoTank L3250 (lub bliźniacze L3251/L3256). Cena startowa, oscylująca w granicach 700-900 zł, często odstrasza nieświadomych klientów. To jednak błąd. W pudełku z drukarką otrzymujemy butelki z tuszem, które wystarczają na wydrukowanie kilku tysięcy stron (często jest to zapas na 2-3 lata domowego użytkowania). Dolewanie tuszu jest banalnie proste, a koszt butelki z oryginalnym atramentem to zaledwie około 30-40 zł. To właśnie ten model redefiniuje jakość jako „niskie TCO”. Choć jakość plastiku obudowy może wydawać się gorsza niż w droższych modelach biurowych, a szybkość druku nie powala, to ekonomia jest nie do pobicia.
W tej samej lidze gra Brother DCP-T425W (lub wyższy model T520W). Brother ma pewną przewagę konstrukcyjną nad Epsonem – system okresowego, automatycznego czyszczenia głowicy, który działa nawet w trybie uśpienia (pod warunkiem podłączenia do prądu). To sprawia, że te drukarki są znacznie bardziej odporne na zasychanie tuszu przy dłuższych przestojach, co jest największą bolączką „atramentówek”. Jeśli drukujesz nieregularnie, Brother będzie bezpieczniejszym wyborem.
Kategoria: Domowe Studio Fotograficzne
Jeśli zależy Ci na jakości zdjęć, zwykłe cztery kolory (CMYK) to za mało. Tutaj na scenę wchodzi Canon PIXMA G640. To również drukarka z systemem dolewania tuszu (MegaTank), ale zamiast standardowych czterech barw, posiada ich sześć (dodatkowy szary i czerwony). Efekt? Zdjęcia mają znacznie lepszą gradację kolorów, skóra na portretach wygląda naturalnie, a czerń jest głębsza. Co ważne, Canon w tym modelu zastosował wymienną kasetę konserwacyjną (absorber), którą użytkownik może wymienić sam za grosze. To przykład inżynierii nastawionej na jakość obrazu i długowieczność, choć odbywa się to kosztem prędkości druku dokumentów, ta drukarka nie jest demonem szybkości przy druku tekstu.
Kserokopiarki Wolnostojące: Biurowe „Kombajny” do Zadań Specjalnych
Jeśli kiedykolwiek byłeś w punkcie ksero lub dużym korporacyjnym biurze, z pewnością kojarzysz te maszyny. To urządzenia, które nie stoją na biurku, lecz są niezależnymi meblami, często zajmującymi spory fragment korytarza. W fachowej nomenklaturze nazywa się je wolnostojącymi urządzeniami wielofunkcyjnymi (MFD) klasy A3. Ich potężne gabaryty nie są kaprysem projektantów, lecz koniecznością wynikającą z obsługi formatu A3 (dwukrotnie większego od standardowej kartki) oraz zastosowania potężnych banków papieru, które mieszczą nie jedną ryzę, ale kilka tysięcy arkuszy jednocześnie, co pozwala na wielogodzinną pracę bez interwencji człowieka.
Tym, co jednak naprawdę odróżnia te „kombajny” od nawet najlepszych drukarek biurkowych, jest to, co dzieje się z papierem po zadrukowaniu. Urządzenia te są niemal zawsze wyposażone w zaawansowane moduły zwane finiszerami lub sorterami. Dzięki nim maszyna nie tylko wypluwa zadrukowane kartki na jedną stertę, ale potrafi je automatycznie posortować, zszyć w rogu, wykonać dziurki pod segregator, a w najbardziej zaawansowanych wersjach – złożyć kartki na pół i stworzyć gotową, zszytą broszurę. To właśnie ta automatyka introligatorska sprawia, że są one sercem każdego punktu usługowego.
Ekonomia tych gigantów rządzi się zupełnie innymi prawami niż rynek konsumencki. Ze względu na astronomiczną cenę zakupu nowego urządzenia, sięgającą często kilkunastu lub kilkudziesięciu tysięcy złotych, rzadko nabywa się je na własność. Standardem jest tutaj wynajem (dzierżawa) i model rozliczeń za „klik”. Firma płaci groszowe stawki za każdą wydrukowaną stronę, a w zamian zewnętrzny serwis dba o to, by w maszynie nigdy nie zabrakło tonera, a każda awaria była usuwana w kilka godzin. To sprzęt dla tych, dla których drukarka jest tak samo kluczową infrastrukturą jak prąd czy internet.
Jak obniżyć koszty druku? Zamienniki, Regeneracja i „Proszek w Butelce”
W momencie, gdy Twoja drukarka komunikuje „niski poziom tonera”, zaczyna się prawdziwa gra nerwów. Sprawdzasz cenę oryginału i okazuje się, że kosztuje on 400 złotych, podczas gdy cała nowa drukarka warta jest 500. To absurdalna norma w branży, która popycha użytkowników w objęcia alternatywnego rynku materiałów eksploatacyjnych. Ale czy „tanie” zawsze znaczy „dobre”?
Najpopularniejszą drogą ucieczki są gotowe zamienniki. Rynek ten dzieli się na dwie strefy. Pierwsza to produkty markowe (tzw. zamienniki premium), testowane i pakowane w estetyczne pudełka. Są bezpieczne, oferują jakość zbliżoną do oryginału (95% użytkowników nie zauważy różnicy w druku tekstu) i kosztują zazwyczaj 30-40% ceny produktu z logo producenta. Druga strefa to tzw. „no-name” z importu, sprzedawane w białych kartonach na portalach aukcyjnych. Tutaj cena potrafi spaść do 20-30 złotych za toner. Ryzyko? Czasem się opłaca, a czasem toner rozsypie się wewnątrz urządzenia, brudząc rolki i czujniki, co skończy się wizytą w serwisie droższą niż oszczędność.
Dla bardziej świadomych użytkowników istnieje opcja tonerów regenerowanych. To rozwiązanie najbardziej ekologiczne i często najbezpieczniejsze technicznie. Polega ono na tym, że profesjonalna firma bierze zużytą, oryginalną kasetę (która jest wykonana z doskonałego plastiku i idealnie pasuje do drukarki), czyści ją, wymienia zużyte wałki i zasypuje nowym proszkiem. W efekcie otrzymujesz mechaniczną precyzję oryginału w cenie zamiennika. To idealny kompromis, zwłaszcza w przypadku skomplikowanych kaset kolorowych, gdzie tanie chińskie podróbki często mają problemy ze spasowaniem elementów.
Na samym dnie cenowej drabiny (i na szczycie drabiny trudności) leży samodzielna regeneracja. Możesz kupić butelkę z dedykowanym proszkiem tonerowym za kilkanaście złotych i spróbować wsypać go do kasety samodzielnie. Brzmi kusząco? Ostrzegam: to zabawa dla cierpliwych majsterkowiczów. Toner to mikroskopijny pył, który zachowuje się jak ciecz, wnika w każdą szczelinę, potwornie brudzi i jest trudny do zmycia. Jeden nieostrożny ruch i Twoje biurko (oraz płuca) pokryją się czarną sadzą. Co więcej, samo dosypanie proszku to za mało.
Współcześni producenci zabezpieczają się przed takimi praktykami, montując w kasetach chipy zliczające. To małe układy elektroniczne, które „mówią” drukarce, że toner się skończył, nawet jeśli fizycznie dosypałeś proszku po brzegi. Aby drukarka ruszyła, musisz nie tylko ubrudzić ręce przy napełnianiu, ale też wymienić ten chip na nowy (często sprzedawany w komplecie z proszkiem) lub zastosować „wieczny chip”, jeśli taki istnieje do Twojego modelu. To właśnie ta cyfrowa blokada jest dziś głównym frontem walki producentów z tanim drukowaniem – firmy takie jak HP czy Brother potrafią wypuścić aktualizację oprogramowania drukarki przez Wi-Fi, która z dnia na dzień blokuje działające dotąd zamienniki. Rada? Jeśli korzystasz z tanich tonerów, wyłącz w drukarce automatyczne aktualizacje firmware’u.
Co może popsuć się w drukarce (i co da się łatwo wymienić).
Przed zakupem drukarki, zwłaszcza gdy kupujemy używany egzemplarz, dobrze jest sprawdzić co w niej może się popsuć, i co da się łatwo naprawić. Czasami producent przewiduje możliwość zakupu konkretnych części, czasem możliwa jest wymiana całej „kasety” składającej się z paru elementów. Czasami toner ma wbudowanych więcej mechanizmów.
Dobrym przykładem są wspomniane wcześniej drukakri Kyocera: w nich bęben ceramiczny wbudowany jest na stałe, dzięki czemu toner jest tańszy. Natomiast w przypadku awarii, wymiana bębna jest niemożliwa. Przy czym jest to dość uczcie podejście, domyślnie bęben drukarek Kyocera wystarcza na 200-300 tys wydrukowanych stron.
Wnętrze drukarki to precyzyjna fabryka, która psuje się w przewidywalny sposób zależny od technologii. W „atramentówkach” największym wrogiem jest zasychający tusz, który przy dłuższych przestojach zatyka mikroskopijne dysze głowicy, oraz brudny pasek enkodera, przez który drukarka „gubi” pozycję karetki. Z kolei w działających na gorąco laserach najszybciej zużywają się bębny światłoczułe (powodując powtarzalne kropki na wydruku) oraz folie w modułach grzewczych (fuzerach), co skutkuje rozmazywaniem się tonera, który nie został poprawnie „wprasowany” w papier.
Niezależnie od typu urządzenia, najczęstszą usterką mechaniczną pozostają jednak zużyte rolki pobierające papier. Guma z czasem twardnieje i ślizga się po kartkach, uniemożliwiając ich wciągnięcie, a zabrudzone kurzem czujniki potrafią zgłaszać fałszywe zacięcia papieru, nawet gdy tor przesuwu jest całkowicie pusty. Zrozumienie, czy problem leży w chemii (zaschnięty tusz), optyce (zużyty bęben) czy mechanice (śliskie rolki), to klucz do szybkiej diagnozy.
Producenci drukarek którzy są uczciwi.
Odnalezienie w pełni „etycznego” producenta w branży, która przez dekady budowała swoją potęgę na sprzedaży taniego sprzętu i horrendalnie drogiej eksploatacji, jest trudne, ale na szczęście rynek ten przeszedł w ostatnich latach znaczącą metamorfozę. Pojawiły się firmy, które zamiast uzależniać klienta od drogich kartridży, postawiły na uczciwą relację: płacisz więcej za solidne urządzenie na starcie, ale drukujesz niemal za darmo na oryginalnych materiałach.
Pionierem tej zmiany stał się Epson z serią EcoTank, a tuż za nim podążył Canon z linią MegaTank. Obie firmy zrezygnowały w tych modelach z jednorazowych zasobników na rzecz stałych zbiorników na dolewany tusz. To podejście pro-konsumenckie nie kończy się jednak na tanim atramencie. W nowszych konstrukcjach ci producenci zrobili ogromny ukłon w stronę „prawa do naprawy”, umożliwiając użytkownikom samodzielną wymianę elementów, które kiedyś oznaczały śmierć drukarki. W Epsonie standardem stała się wymienna kasetka na zużyty tusz (tzw. pampers), a Canon w wybranych modelach poszedł o krok dalej, sprzedając wymienne głowice drukujące. Dzięki temu zużycie elementu eksploatacyjnego nie zmusza nas już do wyrzucenia całej maszyny na śmietnik.
W świecie druku laserowego miano „przyjaciela użytkownika” od lat dzierży Brother. Firma ta wyróżnia się projektowaniem urządzeń o dużej trwałości mechanicznej i, co kluczowe, nie stosuje tak agresywnej polityki blokowania zamienników jak konkurencja. Z kolei inżynierskim podejściem do ekologii imponuje Kyocera. Jej filozofia „Long Life” opiera się na montowaniu w drukarkach niezwykle twardych bębnów ceramicznych, które wystarczają na cały cykl życia urządzenia. W efekcie jedynym odpadem, jaki generuje użytkownik, jest pusta, plastikowa tuba po proszku, co drastycznie ogranicza ilość elektrośmieci w porównaniu do systemów, gdzie bęben wymienia się razem z każdym tonerem.
Na drugim biegunie tego spektrum często stawia się współczesne praktyki firmy HP w segmencie domowym. Wprowadzanie modeli subskrypcyjnych, wymóg stałego połączenia z internetem do drukowania oraz agresywne aktualizacje oprogramowania, które potrafią z dnia na dzień zablokować działające zamienniki, są powszechnie krytykowane jako działania ograniczające własność zakupionego sprzętu. Szukając więc rozwiązania etycznego i trwałego, warto kierować wzrok w stronę japońskich konstrukcji (Epson, Brother, Kyocera), które choć droższe w zakupie, oferują spokój, naprawialność i szacunek dla portfela użytkownika w długim okresie.
Cięcie kosztów druku, niezależnie od tego z jakiej drukarki korzystamy.
Walka o niskie koszty eksploatacji nie kończy się na zakupie taniego zamiennika. Największe rezerwy oszczędności tkwią często nie w sklepie, ale w ustawieniach sterownika naszej drukarki. Większość z nas odruchowo klika „Drukuj”, godząc się na domyślne parametry, które zazwyczaj są nastawione na maksymalne zużycie materiałów. Tymczasem zmiana kilku opcji potrafi wydłużyć życie tonera nawet o 30%.
Pierwszym i najskuteczniejszym krokiem jest zaprzyjaźnienie się z trybem roboczym (często ukrytym pod nazwami Draft, EconoMode lub Szkic). W tym ustawieniu drukarka celowo zmniejsza gęstość nakładania punktów, tworząc obraz nieco jaśniejszy, ale wciąż w pełni czytelny dla oka. W przypadku dokumentów wewnętrznych, notatek czy brudnopisów, jakość „Standardowa” jest marnotrawstwem. Co więcej, tryb ten drastycznie przyspiesza pracę urządzenia, ponieważ głowica lub laser mają mniej pracy do wykonania.
Równie istotna, a często pomijana, jest typografia oszczędności. Nie każda czcionka „waży” tyle samo. Popularny Arial czy Tahoma to kroje stosunkowo „tłuste”. Zastąpienie ich lżejszymi odpowiednikami, takimi jak Century Gothic, Ecofont czy klasyczny Garamond, pozwala zaoszczędzić znaczną ilość atramentu na każdej stronie, nie tracąc przy tym na estetyce pisma. W skali jednej kartki to mikrolitry, ale w skali ryzy papieru – to realne pieniądze.
Na koniec warto wspomnieć o pułapce „bogatej czerni”. Drukarki kolorowe, dążąc do uzyskania głębokiej, błyszczącej czerni, często domyślnie mieszają czarny toner z kolorami (tzw. Composite Black). Drukując zwykły tekst, nieświadomie zużywasz więc cenny kolorowy tusz. Rozwiązaniem jest wymuszenie w sterowniku opcji „Tylko czarny tusz” lub „Skala szarości”. W połączeniu z drukowaniem dwóch stron na jednym arkuszu (funkcja „2 na 1”) oraz użyciem Duplexu, możemy zredukować zużycie papieru i tuszu o ponad połowę, zanim jeszcze pomyślimy o zakupie nowych materiałów.
Podsumowanie
Ocena jakości drukarki to proces wielowątkowy. Nie daj się uwieść samej rozdzielczości czy niskiej cenie startowej. Prawdziwa jakość to solidna mechanika z działającym Duplexem, niskie TCO wynikające z przemyślanego systemu zasilania (toner lub dolewany tusz) oraz oprogramowanie, które nie rzuca kłód pod nogi.
Dobra drukarka to taka, o której zapominasz, że ją masz, po prostu działa, kiedy jej potrzebujesz, nie drenuje portfela i nie wymaga ciągłej uwagi. Szukając ideału, kieruj się zasadą: lepiej zapłacić raz a dobrze za „kombajn” z tanim paliwem, niż co miesiąc przepłacać za tanie urządzenie na drogie kartridże.



